IZA KOPROWIAK: Jak wygląda pana życie?

SEBASTIAN SZAŁACHOWSKI: W wieku 30 lat zakończyłem karierę. Ludzie myśleli, że zwariowałem, nawet najbliżsi. Przecież byłem zdrowy, mogłem grać.

A zwariował pan?

Podjąłem tę decyzję świadomie. Czułem w sercu, że muszę tak postąpić. 

Co to znaczy?

To złożona sprawa. Byłem na spotkaniu modlitewnym u ojca Daniela Galusa w Częstochowie. To pustelnik. Poczułem wtedy taki pokój, powołanie. Jakby Pan Bóg zaczął mówić do mojego serca, że czas na zmianę. 

To przeświadczenie przyszło tak nagle?

Przez ostatnie pół roku gry w Łęcznej należałem do wspólnoty w Lublinie. Pomagałem ojcu Radomirowi Kryńskiemu w egzorcyzmach, musiałem zdecydować, czy wybrać posługę miłosierdzia, czy zostać przy piłce nożnej. Toczyłem wewnętrzną walkę. Trudno było to pogodzić, bo egzorcyzmy są wyczerpujące, trwają kilka godzin. Pan Bóg dał mi natchnienie, do serca przychodziły mi jego zapewnienia, abym Mu zaufał. W tym ostatnim okresie miałem też konflikt z trenerem Górnika Jurim Szatałowem...

Związany z religią?

Miałem tak mocne doświadczenie duchowe u ojca Daniela, że nie byłem w stanie pojechać na sparing Górnika Łęczna. I od tamtego momentu zaczęła się w klubie zimna wojna. Trener mnie ignorował, czuliśmy się duchowo odmiennie.

 

Foto: Wojciech Szubartowski / Pressfocus / Newspix

Kiedy tak mocno zwrócił się pan w stronę Kościoła?

Gdy wróciłem do Łęcznej, przeżywaliśmy w małżeństwie prawdziwy kryzys. Przez trzy, może nawet pięć miesięcy było między mną a Martą naprawdę źle. Ciche dni, wychodziłem z kolegami na piwko, żona zostawała w domu. Brakowało miłości, która pochodzi od Pana Boga. Nie potrafiliśmy wydostać się z tej pułapki. Moja mama natrafiła w internecie na modlitwę, którą prowadził ojciec Daniel. Zaproponowała, żebyśmy pojechali do niego z naszymi problemami. Zdecydowaliśmy się na ten krok. 

Jak wyglądała podróż do Częstochowy?

W samochodzie panowała cisza, obustronne poranienie. Jechaliśmy tam z przeświadczeniem, że to nasza ostatnia deska ratunku. W sanktuarium św. Józefa w Częstochowie najpierw odbywała się normalna msza święta. Potem modlitwy uwielbienia, o namaszczenie w Duchu Świętym. Zostałem podczas nich bardzo mocno dotknięty. Poczułem ogień duchowy. 

Czyli?

Zrobiło mi się gorąco, taki ogień odczuwa się i duszą, i ciałem. Wiele osób przeżywało tam spoczynek w Duchu Świętym. Ojciec mówił, że ktoś jest uzdrawiany, że Pan Bóg do niego przychodzi. I w tym momencie taki człowiek padał na ziemię. Ja też to przeżyłem. Leżałem, czułem w sobie uwalniającą miłość, ogromny spokój. Żona się przestraszyła, nie wiedziała, co się ze mną dzieje. Dla Marty było to nieco przerażające, szczególnie że ona nic nie czuła. Podeszła do niej jakaś dziewczyna i powiedziała: „Tutaj to jeszcze nic, zobaczcie, co się dzieje w Czatachowie”. Moją żonę to zastanowiło, zapragnęła tam pojechać.

Czatachowa to malutka wioska. Co niezwykłego tam zastaliście?

Wystarczyło, by żona przeszła przez próg kościółka, od razu poczuła ogień, miała spoczynek. Gdy wstała, widać było na jej twarzy przemianę. Wszystko zrozumiała. Poczuła. Z Lublina do Częstochowy mamy około 300 kilometrów. Zapragnęliśmy wstąpić do wspólnoty w naszym mieście. Pan Bóg tak nami pokierował, że znaleźliśmy Odnowę w Duchu Świętym, którą prowadzi ojciec Kryński. Kiedy został egzorcystą diecezjalnym, zaproponował mi, abym mu pomagał. Zgodziłem się, to było przyjemne zaskoczenie. Takie doświadczenie otwiera człowieka na świat duchowy. Ojciec powiedział: „Sebastian, teraz zagramy razem”. Pan Bóg mnie w ten sposób umocnił. Poczułem się kimś wybranym.

Jak ta wspólna gra wyglądała?

Dla nas obu to było to coś nowego. Pierwszą osobą była opętana przez szatana kobieta. Czułem lekkie poddenerwowanie, ale było ono przeplatane pokojem. Miałem teoretyczna wiedzę, jak postępować, ale niektórych wydarzeń się nie spodziewałem. Zobaczyłem, że zło jest realne, bardzo silne. Podczas rytuału taka osoba się przemienia. Widzisz inną twarz, pełną gniewu, wrogości. Oczy się zmieniają, to oblicze jest nieludzkie. Jej głos stał męski, nagle zaczęła wstawać, miała taką siłę, że nie mogliśmy jej zatrzymać. Przestawiała na plebanii pięciu mężczyzn. To jest walka i duchowa, i fizyczna, która wtedy trwała dwie godziny.

Foto: Wojciech Szubartowski / Pressfocus / Newspix

W końcu zdołaliście ją ujarzmić?

Nie my, lecz Pan Bóg. Podczas egzorcyzmów dostałem dary duchowe, jak choćby dar języków, który w tej modlitwie jest potrzebny.

Na czym to polega?

Do serca napływa natchnienie, które sprawia, że umiem mówić w obcych językach. W różnych, w zależności od tego, jak Duch Święty prowadzi. Moja żona mówiła po hiszpańsku, francusku, arabsku. Żadnego z nich nie zna. Ale zło rozumie, co się do niego mówi. To łaski, by zbudować Kościół Święty. Opętane osoby bardzo cierpią, więc dobrze, że to zło się ujawnia, wiadomo, że potrzebują pomocy.

Jak odróżnić człowieka opętanego od chorego psychicznie?

Choroba często jest połączona ze zniewoleniem demonicznym. Gdy psychiatra wystawia zaświadczenie, że pacjent jest zdrowy, wtedy dla egzorcysty sprawa jest jasna. Zło często jest jednak ukryte, szydzi z lekarzy, potrafi oszukać. Dobrze, gdy doktor jest wierzący, wtedy ma większe rozeznanie. 

Zobaczył pan podczas egzorcyzmów bardzo mocne obrazy?

Nie widziałem czegoś ekstremalnego, może i dobrze, bo jestem chyba zbyt wrażliwy, ale słyszałem od kolegi, który pomaga drugiemu kapłanowi, że niektórzy ludzie wypluwali pentagramy, gwoździe. Ma cały pojemniczek. U nas jedna osoba zwymiotowała czymś czarnym, jakby smołą. 

Jak ludzie odkrywają, że są opętani przez szatana? 

To bardzo trudne, bo zło nie chce dać się zdemaskować. Jeśli to zrobi, to jego połowiczna przegrana. Kiedy ludzie świadomie czynią zło, walczą z Kościołem, odchodzą od Pana Boga, nienawidzą innych, to w nich zło się nie ujawni. Widzimy, że takie osoby bez powodu wpadają w gniew. Niestety, kiedy w końcu człowiek odkryje, że coś z nim nie tak, to dopiero na końcu trafia do księdza. Najpierw zajdzie do wróżek, fizjoterapeutów, psychologa, który jeśli jest niechrześcijański, może zrobić wiele krzywdy. Kiedy ktoś wiele lat żył w grzechu, potrzebuje nawet kilku lat, by uwolnić się od zła.

Na co trzeba uważać?

W większych miastach modna jest joga, która jest bardzo niebezpieczna. Medytacja, hipnoza, wszystkie praktyki dalekowschodnie, nawet niewinne ćwiczenia odnoszą się do świata duchowego. Jeżeli się w niego wchodzi, to zło zaczyna oddziaływać. Wywoływanie duchów, nawet dla zabawy, może skutkować bardzo poważnymi rzeczami. Po niektórych zabawach dzieci trafiały do szpitali psychiatrycznych, bo nie ma zabawy ze złym duchem.

Foto: Wojciech Szubartowski / Pressfocus / Newspix
Sebastian Szałachowski z autorką rozmowy

Jak często pan pomaga?

Odkąd na świat przyszedł nas syn, na jakiś czas zawiesiliśmy egzorcyzmy, by mieć więcej czasu dla siebie. 

Każdy nosi swój krzyż?

Kilka ich w życiu miałem. Były nim choćby kontuzje.

Które pana prześladowały. A właściwie jedna, ale bardzo poważna: pęknięcie kości piszczelowej, przez którą stracił pan łącznie dwa lata.

Podczas pierwszej operacji coś poszło nie tak... Musiałem jechać do Austrii. Moim menedżerem był Maik Barthel, który później pracował z Robertem Lewandowskim. Przed tą kontuzją miałem ofertę z FC Zurich, które było wówczas mistrzem Szwajcarii. Kiedy Maik przyjechał do mnie do szpitala w Austrii, od razu wiedzieliśmy, że nie ma już szans na ten transfer. Wtedy czułem rozgoryczenie. Taką ludzką złość. To były trudne momenty. Pamiętam, jak kawałek mojej kości był wysyłany do badania, bo istniały podejrzenia nowotworowe. Było ryzyko, że będę musiał mieć amputowaną nogę. To były godziny grozy, na szczęście z pozytywnym zakończeniem. Gdy wracałem do zdrowia, też było trudno, bo co chwilę nie mogłem grać, niektórzy mieli takie myśli czy podejrzenia, że być może udaję. Prognozowano, że w ogóle nie wrócę już do piłki, bo rana się nie goiła. Pojechałem na wesele siostry, tam był ojciec Marian, który udzielał jej ślubu. Powiedział, że wszystko będzie już dobrze. I faktycznie, zaczęło się naprawiać. Dziś myślę, że to wszystko było potrzebne. Nauczyło mnie pokory. To była dla mnie próba. Jeszcze bardziej wzmocniłem więź z Panem Bogiem. 

Jaka w takim razie była to kariera?

Wszystko zawdzięczam Panu Bogu. Zdobyłem mistrzostwo Polski, więc jako piłkarz czuję się spełniony.

Nie brakuje panu emocji z boiska?

W piłce była to radość bardziej ludzka. A teraz jakby nie z tego świata. Pan Bóg działa w cudowny sposób na ludzi. Uważam, że teraz jest przełomowy czas. Następuje rozdzielenie: albo ktoś jest gorący i Pan Bóg go wzmacnia, albo jest zimny, odchodzi od Pana Boga, nie dopuszcza faktów, uzdrowień. 

A one naprawdę się zdarzają?

Moja żona była uzdrawiana z wielu chorób: z astmy, neuralgii krzyżowej, z refluksu. Wszystko zmieniło się na spotkaniu modlitewnym z ojcem Galusem. W pewnym momencie oznajmił, że właśnie jest uzdrawiana 27-letnia osoba, która ma guza mózgu, ale o tym nie wie. Marta miała wtedy spoczynek, poczuła ogień na głowie. Wcześniej faktycznie męczyły ją migreny, ale nie sądziła, że choruje na coś poważnego. Ojciec Daniel powiedział, że po kilku dniach Pan Bóg przyjdzie do tej kobiety i dokona całkowitego uzdrowienia. Tak się stało. Gdy była już w domu, Bóg ponownie ją odwiedził. Znów poczuła gorąco i od tamtej chwili migreny całkowicie minęły. Marta miała prawdziwy szpital w sobie. Pan Bóg zostawił jej krzyż, bo czasem ma ataki astmy. Z wielu chorób w sposób cudowny ją uleczył. A czasem pokierował ją do dobrych lekarzy. 

Pan też został uzdrowiony?

Gdy grałem w piłkę, miałem ruchomą chrząstkę nosową. To efekt starć na boisku, czasem dostałem z głowy, z łokcia. Byłem wtedy zawodnikiem Łęcznej, leżałem w klubowej saunie. Nagle ogarnął mnie pokój. Zacząłem odczuwać w głowie delikatne chrząkanie, jakby nos zaczął mi się przesuwać. Po chwili przestał. Wtedy w sercu usłyszałem głos: „Idź zobacz, czy ci się podoba”. Wstałem, podszedłem do lustra, miałem spuchnięty nos. Poruszałem nim, był sztywny. Poszedłem do ojca Radomira. Powiedziałem, że przychodzi mi do serca, że stało się to za wstawiennictwem świętego Charbela, pustelnika z łaską czynienia cudów. Ojciec Radomir potwierdził, że tak było, że nastąpiło cudowne ozdrowienie.

Powtarza pan, że myśli pojawiają się w pana sercu, nie głowie.

Czasem takie mam wrażenie. Do głowy przychodzi wiele myśli, one niekoniecznie są od Pana Boga. Ale te właściwe napływają od serca. 

Jako piłkarz był pan najbardziej małomównym zawodnikiem w lidze. Dziś nie ma pan problemów, by długo i barwnie opowiadać.

Teraz czuję, że Pan Bóg wzywa mnie do pewnych rzeczy, bym odsłaniał różne sprawy. Przygotowywałem się do tego jeszcze jako piłkarz. Gdy koledzy grali w autokarze w karty, ja czytałem książki teologiczne. Teraz Pan Bóg posługuje się tą moją wiedzą.

W piłce spotkał pan wiele zła?

Nie tylko tam. Cały świat showbiznesu jest nim przesycony, najwięcej zła jest w telewizji. A w piłce ludzie najczęściej mówili prawdę wtedy, gdy się pomylili.

Pan potrafił działać inaczej? Grając w Legii pewnie trudno pozostać „świętym”.

Nie byłem sztywniakiem, gdy było wkupne, szedłem razem z kolegami. Ale generalnie zawsze byłem bardzo spokojnym człowiekiem. Pan Bóg czuwał, żebym nie popełniał dużych błędów. 

Z kim z Legii dogadywał się pan w takim razie najlepiej?

Z Dawidem Janczykiem. To był spokojny chłopak, na wyjazdach mieszkaliśmy razem w pokoju. Duże problemy zaczęły się, gdy wyjechał, przyszły duże pieniądze. Słyszałem, co się z nim działo, ale książki nie czytałem, nie czułem jeszcze takiej potrzeby.

Foto: Tomasz Markowski / Newspix
Sebastian Szałachowski w czasach gry w Legii

Wasze losy potoczyły się skrajnie różnie.

Pan Bóg ma różne sposoby dotarcia do człowieka. Czasem trzeba upaść, ale nie można nikogo przekreślać, nawet jak jest na samym dnie, bo Pan Bóg może wszystko przemienić.

Kim jest dla pana Bóg?

Najbliższą mi osobą, z którą mam bardzo intymny kontakt. Wszystko z nim rozeznaję, by wszystko działo się według jego woli. Pytam go jak dziecko, zwracamy się do niego z żoną, jak do swojego taty. By doświadczyć Pana Boga, potrzeba ciszy, kontemplacji. Nie potrzeba słów, sercem łączę się z Panem Bogiem. Cisza wprowadza w jego przestrzeń. Niestety wszyscy żyjemy w hałasie, w chaosie. To nakręca pieniądz, demon Mammon za to odpowiada.

Z czego pan teraz żyje? 

Z wynajmu nieruchomości. Zajmuję się nową ewangelizacją, na niej się skupiam. Założyłem grupy w Internecie. Serce mi się raduje, że wynika z tego wiele dobra. Nie martwię się o finanse, Pan Bóg o wszystko się troszczy. Każdy dzień jest przez Pana Boga zaplanowany.

Nasza rozmowa także?

Na pewno.